mapa serwisu
Idea
0
O CMWP
0
O Internet PR
0
Partnerzy
0
Najbliższe spotkanie
0
Archiwum
0
Aktualności Kontakt

Wyszukiwarka



Aktualności
Zapis debaty z 12 października "Polska z bliska i z daleka" cz. 3 - głosy z sali
2006-11-03
Jan Pospieszalski: Dajmy szansę teraz wypowiedzi z sali. Czy od początku naszej transformacji lepiej ocenia się Polskę na Zachodzie niż my sami to robimy? I czy ewentualnie wysiłek marketingowy można wprząc w to, by obraz Polski był lepszy? I czy ze złego obrazu również bierze się to nieszczęście, jak niektórzy określają, w postaci masowych wyjazdów Polaków lub to, że tak długo zostają oni za granicą i nie chcą stamtąd wracać? Ja ciągle powtarzam i wracam do tych trzech pytań podstawowych. Bardzo proszę.
 
Anita Czerwieńska: Chciałam skomentować wypowiedzi pana Komorowskiego, który, niestety, już wyszedł. Ja mam wrażenie, że pan Komorowski ma brata bliźniaka. Przecież ja go dzisiaj widziałam w Sejmie i on mówił zupełnie innym językiem. Z nami tutaj rozmawiał zupełnie inaczej. Dzisiaj w Sejmie używał słów jak zwykle „wszyscy Polacy”, „miliony Polaków”, „sondaże”. Ja sobie pozwoliłam przed przyjściem tutaj wrzucić w Google nazwisko pana Komorowskiego, w zestawieniu z takimi słowami jak „Polska”, „wstyd” i „kompromitacja”. I pan Komorowski jest bardzo wysoko, że tak powiem, pozycjonowany. Miał bardzo dużo wyników. Odwróciłam też zapytanie. Napisałam „Polska” „kompromitacja”, „wstyd” i inne wyrazy, słowa, które w sposób negatywny przedstawiają Polskę. I tam też pan Komorowski był jednym z przodujących, który mówi źle o Polsce. Tak, że myślę, że politycy w wiodący sposób tworzą w tym przypadku czarny PR. Dziękuję bardzo i przepraszam...
 
Bogdan Chełstowski: Mam nieprzyjemność znać pana Komorowskiego już ponad 30 lat… Całkowicie konkretnie… Pamiętam jak w 1998 roku miała miejsce katastrofa samolotu wojskowego „Iskra”, w której zginęło bez sensu dwóch pilotów, bo kazano im wystartować w złą pogodę. Mimo tego, że nie mieli urządzeń odladzających. Jakoś sobie nie przypominam, żeby pan Komorowski, jako ówczesny wiceminister obrony narodowej albo przewodniczący Sejmowej Komisji Obrony stanął po stronie tych, bądź co bądź, skrzywdzonych rodzin. Po wyroku sądu wojskowego uznał wdowy po pilotach za osoby niepokrzywdzone. Nie słyszałem, żeby on w obronie tych kobiet stanął. To według mnie dowodzi, że państwo polskie jest nienormalne. Przynajmniej wtedy było. I nic dziwnego, że młodzi ludzie stąd wyjeżdżają.
 
Dariusz Kos: Ja chciałbym popolemizować z moim kolegą Krzysztofem Górskim z Instytutu Marketingu Politycznego w kwestii dylematu, czy politycy mogą chodzić na wojnę z mediami, bo to wpływa na obraz Polaków itd.
 
Jan Pospieszalski: Proszę pana, polscy politycy są na wojnie z mediami.
 
Dariusz Kos: Dobrze, ale Krzysztof powiedział, że politycy akurat nie powinni wywoływać wojny z mediami, bo to potem wpływa niekorzystnie na obraz danego państwa. Ja się tutaj z nim nie zgadzam. Jest taki przykład dwóch polityków, którzy na tę wojnę z mediami poszli w swoim kraju. Jeden to jest Ronald Reagan, a druga - Margaret Thatcher. Oni mieli w swoich krajach bardzo nieprzychylne, lewicowe media. Zarówno w Stanach Zjednoczonych, jak i w Wielkiej Brytanii. I celowo, właśnie tam, spec od marketingu politycznego mówił, żeby iść na wojnę z tymi lewicowymi mediami i zwracać się do obywateli, do narodu oraz innych państw nie przez te media tylko ponad ich głowami. Ponieważ telewizja i radio i tak musi napisać i wyemitować bezpośrednio na żywo przemówienie bądź orędzie. To idzie w świat. Potem komentarze mogą być inne, ale to ludzie słyszeli, oglądali i każdy człowiek sam też może zupełnie inaczej odebrać to niż dziennikarze, którzy napiszą o tym orędziu. I tego też brakuje u obecnych władz polskich. Tego zwracania się ponad nieprzychylnymi, zagranicznymi mediami do innych narodów Europy po to, żeby pokazać, że to właśnie poglądy tych polityków, którzy są u władzy, są słuszne, a niesłuszne są poglądy części różnych zagranicznych polityków. Takie zwracanie się ponad głowami zagranicznych mediów, bezpośrednio do ludzi żyjących we Francji, w Niemczech i tak dalej. A druga sprawa, to jest to, co Pan poruszył czyli właśnie zaangażowanie polskich mediów w utwierdzaniu Polaków w niekorzystnych stereotypach. To też jest pewien problem, który można tłumaczyć zaangażowaniem władz spółek medialnych w ich własne interesy, a niekoniecznie w te zbieżne z interesami tych, którzy są u władzy. I dlatego na przykład w Polsce niektóre tematy z zagranicy, dość ważne, są spychane na daleki plan. Na przykład, bodajże wczoraj, na Węgrzech, w Budapeszcie zebrało się 20 tysięcy ludzi demonstrujących przeciwko rządowi premiera Gyurcsanyego.
 
Jan Pospieszalski: Bo to była kolejna demonstracja.
 
Dariusz Kos: Tak, ale tam nie ma demonstracji poparcia dla Gyurcsanyego, ponieważ on wie, że nawet socjaliści z Egeru nie przyjadą, żeby manifestować poparcie dla niego. Ale o tym informacji nie było. Tak samo jak na przykład informacji, że od sierpnia trwa w Niemczech lustracja zachodnioniemieckich polityków. Pod względem współpracy ze Stasi. Bodajże na początku sierpnia Instytut do Spraw Akt Stasi ujawnił 16 posłów z Bundestagu z lat 1969-1973, którzy byli agentami Stasi. A 4 października szefowa Urzędu do Spraw Akt Stasi ujawniła 33 kolejnych polityków, którzy byli zarejestrowani…
 
Jan Pospieszalski: Jak to się ma do naszej rozmowy, do naszego tematu?
 
Dariusz Kos: Właśnie tak, że lustracji w Niemczech domagały się media. W polskich mediach nic się o tym nie pisze. Mówi się natomiast, że w Polsce lustracja jest czymś złym, bo źle wpływa na stosunki z innymi państwami. A tymczasem w Niemczech okazało się, że tajnym współpracownikiem Stasi był Helmut Schmidt, późniejszy kanclerz Niemiec. Okazało się, że jest zarejestrowany w Stasi jako tajny współpracownik tej instytucji. W Niemczech wywołało to dość duży zamęt. Ale w Niemczech nikt nie mówi, że przykrycie tej sprawy poprawi wizerunek kraju na świecie. A w Polsce jest na odwrót. W Polsce, żeby utrącić lustrację mówi się, że należy ją wyciszyć, bo wpływa na negatywny odbiór naszego kraju za granicą.
 
Jan Pospieszalski: Dziękuję bardzo. Widzę, jest kolejny głos.
 
Sławomir Pawlak: Darku, ja nie wiem, co chciałeś powiedzieć, ale na pewno jestem przeciw. Ja myślę, że to jest związane z rozwojem mediów bądź przeskoczeniem pewnego w nim okresu. Chodzi mi o media profesjonalne, te rozwijające się na Zachodzie. My weszliśmy w wolność mediów, przeskakując pewne etapy rozwoju. U nas też zupełnie inaczej się reaguje, bo cały czas trwa pogoń za całkiem nową informacją. Myślę, że pewne rzeczy w Polsce media omijają, ponieważ jest to efekt skali zagadnienia. Nikogo nie interesuje już w tej chwili, że gdzieś żyje dobrze wykonujący swą pracę fryzjer. To jest nieważne. Tu właśnie widać efekt skali. To, że jeden człowiek zabił, to już nieważne. Ważne staje się wtedy, gdy nie jeden, a na przykład dziesięć samochodów się zderzy. Wtedy dopiero się to opisuje czy pokazuje. Pogoń za sensacją. I to jest ważne.
 
Jan Pospieszalski: Przepraszam, ja się z tym absolutnie zgadzam. Media żywią się konfliktem. Tylko to jest tak, że w podsycaniu emocji eksponuje się te elementy, które są nie tyle negatywne dla oponenta, tylko eksponuje się nieszczęście, jako rzecz naturalną. Jako coś, co u nas było od zawsze i z czego nigdy nie wyjdziemy. Nieszczęście, nieudacznictwo, kłopoty i tak dalej. O to mi chodzi.
 
Głos z sali: Oczywiście, zawsze jest łatwiej krytykować. Zwłaszcza, że my troszeczkę jesteśmy malkontentami. W związku z tym pytam, po co? Najlepiej by było zadbać u siebie o wewnętrzny PR. Spróbujmy siebie ocenić pozytywnie. Jesteśmy jedynym krajem w Europie, który nie ściągnął swoich ludzi z wygnań. Ludzi mieszkających na Litwie, w Białorusi i w Rosji. Tak naprawdę nikt ich tam nie wygonił. Żadna wojna. Tylko się okazało, że po 1939 roku oni są obcokrajowcami mimo, że adresu zamieszkania nie zmienili. My, jako kraj, jako politycy, jako media, wspólnota, nic nie zrobiliśmy, żeby ich ściągnąć. Nie ma ani jednego Niemca na Syberii, który by tam w tej chwili mieszkał, bo kraj jako wspólnota ściągnął wszystkich swoich obywateli. My nie zrobiliśmy nic, żeby sprowadzić te 100 tysięcy ludzi, którzy gdzieś tam w Azji żyją. Nic z tym nie zrobiliśmy. Nie chcemy zrobić. Nie dbamy sami o siebie, więc nie dziwmy się, że inni nie będą o nas dbać. Jeżeli sami nie umiemy przekazać tego, co chcemy. To, że w Europie nas postrzegają za katolików, to tak, jak Marek powiedział, może spróbujmy to sprzedać. Polak to katolik. Ale to wcale nie musi oznaczać czegoś złego. Z katolicyzmem wiążą się pewne zadania w stosunku do nas. Chociażby wartości. I my moglibyśmy sprzedać, pokazać Europie, że te wartości są ważne i może Europa wróciłaby do nich. Ale tego nie robimy.
 
Jan Pospieszalski: Okazuje się, że Polska jest na 3 miejscu w Europie od góry, to znaczy w tym pozycjonowaniu pozytywnym jako kraj, w którym rodzi się najmniejsza ilość dzieci poza związkiem małżeńskim. Ten procent w tej chwili niechlubnie przybliża się do 15% wszystkich dzieci. Lepsi są od nas tylko Grecy, a Włosi są na tym samym poziomie. W Islandii rodzi się 70% dzieci w związkach pozamałżeńskich, we Francji ponad 50, Szwecja  - 44 i tak dalej. A o tym, że dziecko lepiej wychowuje się w pełnej rodzinie, to nie trzeba przekonywać, że to jest wartość. Być może to stanowi pewną obiektywizację katolicyzmu postrzeganego przez Panów jako wartość.
 
Stanisław Mocek: Ja odwołam się tutaj do pojęcia, które propagował jeszcze w latach osiemdziesiątych w odniesieniu do poprzedniego ustroju również socjolog, prof. Wnuk-Lipiński. Mianowicie, było to pojęcie schizofrenii społecznej. Odnosiło się oczywiście do tamtego ustroju i mówiło o tym, że człowiek inaczej postępował w życiu zawodowym, a inaczej w życiu prywatnym. Ja bym to pojęcie zastosował być może do tego problemu. To znaczy: jest to rozmijanie się wartości typowo religijnych, w tym przypadku odnoszących się do katolicyzmu, z tym, co pan przed chwilą przywołał. Z pewnym systemem wartości np. moralnych, które zresztą swoją genealogię mają w przekazie religijnym. Dzisiaj, podczas wizyty premiera, „Coriera dela sera” opublikowała wywiad z premierem, w którym on, w dniu wizyty u papieża, mówi o tym, że jest wprawdzie katolikiem, ale do tego zwolennikiem kary śmierci. Ja myślę, że tu powstaje pewien zamęt związany z systemem wartości.
 
Jan Pospieszalski: Dziękuję bardzo. Czy są jeszcze pytania z sali? Wizerunek Polski, czarna legenda w mediach. Już podkręcam, żeby państwa zmobilizować. Mamy bohaterkę poprzedniej części naszego spotkania.
 
Ola Rybińska: Dobry wieczór. Wróciłam po 24 latach do Polski i się bardzo dziwię. Jestem w ogóle tym tematem przerażona. Ja go w ogóle nie widzę. To jest dla mnie dyskusja, która nie wiem skąd się bierze. Zetknęłam się z wieloma Polakami we Francji, w Anglii, w Niemczech, którzy przyjechali albo żeby pracować, albo żeby studiować. Po pierwsze, jak przyjeżdżają, to orientują się dosyć szybko, że tam nie ma raju na ziemi. Że zarobki są bardzo niskie. Na przykład Paryż jest jednym z najdroższych miast w Europie. Płaca minimalna wynosi 1000 euro, 20-metrowe mieszkanie kosztuje 500 miesięcznie. Nie można z tych pieniędzy zupełnie żyć. I Polacy się bardzo szybko orientują, że trzeba na to bardzo ciężko pracować. Że się zarabia bardzo małe pieniądze i że nikt nie czeka z otwartymi ramionami. Oczywiście każdy ma wolność wyboru. Ja uważam, że należymy do Europy, walczyliśmy o to, żeby do niej należeć. Walczyliśmy o tę wolność ruchu. I powinniśmy się z tego cieszyć, że możemy jechać. Uważam, że każdy powinien mieć to doświadczenie, pojechać gdzie indziej i zobaczyć, jak się tam żyje. Według mnie szybko się zorientuje, że wcale tak źle u nas nie jest. Że gdzie indziej też są problemy. We Francji jest 10% bezrobocia i w większości to dotyczy ludzi młodych, z dyplomami, po studiach. Ja mam znajomych, którzy przez 5 lat po studiach nie mogli znaleźć pracy. I to po bardzo dobrych uczelniach. Więc niech się nam nie wydaje, że u nas jest źle, a gdzie indziej jest wspaniale. Na przykład Francuzi bardzo skarżą się na sytuację w swoim kraju. Ubolewają nad utratą kolonii, nad tym, że Francja już się tyle nie liczy, jak kiedyś itd. Ale Francuzi uważają się za wielką nację i są z siebie bardzo zadowoleni. I my przyjeżdżamy do Francji i tym Francuzom opowiadamy, jak u nas jest źle. Ja się zawsze dziwiłam z tego, dlaczego. Ja w Polsce nigdy nie żyłam To jest prawda. Przyjeżdżałam tylko od czasu do czasu. Ale ja się zawsze dziwiłam postawie Polaków, która polega na tym, żeby siebie samego oczerniać. I ja naprawdę nie rozumiem, na czym polega ta dyskusja. Dlaczego my musimy na ten temat dyskutować. Ja zawsze byłam dumna z tego, ze jestem Polką. Zawsze tłumaczyłam Francuzom, że jestem z tego dumna. Broniłam Polski, której faktycznie nawet nie znałam. I broniłam wobec Polaków, którzy mówili najgorsze rzeczy. Jechali do upragnionej Francji, gdzie znaleźli pracę za parę groszy. I teraz też im jest źle. Też narzekają. To ja się pytam, czego wy chcecie? Co jeszcze można zrobić, żeby Polacy byli zadowoleni? Jadą do Francji, zarabiają 6 euro na godzinę i też są niezadowoleni. Też są nieszczęśliwi. Potem jadą do Anglii, tam też się niczego nie dorobią i tak w kółko. Ja chciałabym, żeby mi ktoś odpowiedział, co się z Polakami dzieje. Bo ja się cieszę, że wróciłam, cieszę się, że mogę tu żyć. Z powodu poprzedniego systemu politycznego było mi to zabronione. A to jest przykre, jeśli nie można żyć we własnej ojczyźnie.
 
Jan Pospieszalski: Ja tylko powiem Pani, że dokładnie z tego samego powodu, z poczucia tego samego absurdu i dysonansu, bierze się dzisiejsza nasza rozmowa. Dokładnie z takich samych powodów, z jakich pani się dziwi. Dlatego spotkaliśmy się i dlatego rozmawiamy. Bardzo proszę, mamy głos z sali.
 
Głos z sali: Chciałem krótko zabrać głos w kwestii polskiego narzekania. Jechałem kiedyś samochodem i słuchałem radia. Nie pamiętam już, kto z kim rozmawiał. W każdym razie redaktor mówił, że my narzekamy. A jego rozmówca na to: – Ja się bardzo z tego cieszę. Redaktor: - Jak się można z tego cieszyć? Gość: - Bo wie Pan, ja zauważyłem, że jak Polacy są ze swojej historii, to osiadają na laurach i w efekcie nie idą do przodu. Osiadają, stają się pasywni. Natomiast jak narzekają, to wtedy kraj się rozwija. Tak, że oby jak najdłużej narzekali. I teraz, moglibyśmy zrobić z tego pewną maksymę: narzekajmy, ale bądźmy tego świadomi. Czyli, żeby to nie było głupie narzekanie, tylko raczej (paradoksalnie) konstruktywne. Twórcze. Wtedy, myślę, nie będzie nam tak źle. Bo ja w ogóle jestem szczęśliwy, że dożyłem tych czasów, że od 1989 roku jesteśmy krajem, który własnym wysiłkiem dochodzi do tego, co inne kraje mają od wielu lat. I myślę, że nam się to udaje. Bo biorąc pod uwagę początki 1989 roku w Polsce i na przykład w Czechach, to Czesi nie mieli długu zagranicznego, mieli za to już wtedy 5% rolników. Biorę więc i porównuję nasze realia finansowe i gospodarcze, i jednocześnie tę opinię o nas, że jesteśmy bałaganiarze i niezorganizowani. Po iluś latach tych obserwacji widzę, że wcale tak źle z nami nie jest i że idziemy do przodu. I według mnie, jesteśmy jednym z liderów tej części Europy. Dlatego narzekajmy, ale bądźmy tego świadomi, że w sumie nie jest źle.
 
Jan Pospieszalski: Dziękuję serdecznie.
 
Głos z sali: Pan mówił, że coś mu się przypomniało na temat polskich kompleksów. To był rok pewnie 1998 albo 1999. Zostałem zaproszony do radia na dokładnie taką samą dyskusję, jak dziś – jak nas postrzegają w świecie. Brała w tej dyskusji udział jakaś pani, która dopiero wróciła ze Szwecji. I mówiła, że ona przeżyła straszny szok, jak doświadczyła, że nas po prostu Europa nie szanuje, patrzy na nas z pogardą. Bo ona siedziała w kawiarni w Szwecji i wdał się z nią po angielsku w rozmowę jakiś Szwed i zdziwił się strasznie, że jak to, ona jest Polką i mówi po szwedzku. I ona powiedziała, że się poczuła strasznie tym upokorzona. A ja się niezmiernie tym zirytowałem. Myślę, że trzeba było jej powiedzieć, że tak, ukończyła Pani kursy angielskiego w ziemiance na tajnych kompletach, pod ochroną białych niedźwiedzi, na które dojeżdżała pani saniami zaprzężonymi też w białe niedźwiedzie. Jeżeli my będziemy w ten sposób reagować na najzwyklejszą, kompletną o nas niewiedzę i będziemy traktować ją jako wyraz opinii o nas, to naprawdę daleko nie zajedziemy. Nawet na białych niedźwiedziach.
 
Jan Pospieszalski: Dziękuję bardzo. Podsumowanie. Co musi się zmienić, aby Polacy polubili się, aby zmienili negatywną opinię o sobie samych, by odeszli od tej czarnej legendy? Bardzo proszę, krótkie podsumowanie. Pan socjolog.
 
Stanisław Mocek: Ja myślę tak, że tutaj oczywiście żadnej recepty dać nie możemy. Sądzę natomiast, że za mało rzeczywiście mówimy o sukcesach, które stały się naszym udziałem w przeciągu stosunkowo krótkiego czasu i związanych z tymi sukcesami, jak Pan redaktor w swojej pierwszej wypowiedzi wspomniał, spraw ekonomicznych. Chyba nasze życie zdominowane jest przez sprawy polityczne i na tym się koncentrujemy. Pan mnie pytał o katolicyzm. Ja myślę, że powinniśmy też zakosztować trochę takiego etosu protestanckiego, który by generował kapitalizm. Oczywiście nie mówię o kapitalizmie w jego początkowym stadium rozwoju. Tego nam chyba bardzo brakuje. Takiego trzeźwego, ekonomicznego podejścia. Ale to oczywiście znowu zabrałoby wiele lat i nie wiadomo, czy w ogóle przyniosłoby jakiś skutek, ponieważ coraz mniej jest wzorców, które możemy naśladować.
 
Jan Pospieszalski: Dziękuję. Pan Paweł Zalewski, bardzo proszę.
 
Paweł Zalewski: Ja sądzę, że wzorce są. Jeżeli państwo zwrócicie uwagę na ilość firm zagranicznych, które prosperują u nas w kraju i kulturę, która w tych firmach występuje, to widać, że jest to kultura lansująca aktywność. Kultura, która promuje ludzi wierzących w siebie i demonstrujących to. Tradycyjne malkontenctwo jest tam po prostu źle widziane. Chcę powiedzieć, że wśród moich znajomych, którzy pracują w takich firmach, ja też zresztą przez kilkanaście ładnych lat pracowałem w biznesie, obserwują całkowitą zmianę nastawienia. To są osoby, które dostrzegły zaletę zmiany postawy i demonstrowania pewnego zadowolenia. Nawet, jeśli człowiek ma jakieś problemy, to tego nie okazuje. A zarazem jest inaczej, lepiej traktowany. Więc ja sądzę, że te wzorce są i one powoli w Polsce będą się utrwalać. Ja się nieco dziwię, że Polacy, będąc najbardziej proamerykańskim krajem w Europie, może dzisiaj już jesteśmy gonieni przez Rumunów, że Polacy tak naprawdę nie przenieśli ze Stanów Zjednoczonych tego właśnie podejścia do życia, do pracy, innych ludzi. Ale zakładam, że to się w końcu zmieni. Jeśli patrzymy (jestem bardzo ciekaw opinii pana Macieja Rybińskiego, który doskonale zna Niemcy), na to, co się dzisiaj dzieje w Polsce i to, co się równolegle dzieje w Niemczech, to mam wrażenie, że mamy do czynienia z odwróceniem proporcji. Ja jestem przekonany, że jest znacznie więcej Polaków zadowolonych z tego, co się z nimi dzieje, niż Niemców. Którzy przyzwyczajeni do państwa socjalnego, przyzwyczajeni do tego, ze nie mają problemów tak naprawdę egzystencjalnych, jakby zapomnieli o tym, że trzeba się starać, trzeba pracować. Po raz pierwszy zaobserwowałem tam poważny spadek przekonania społeczeństwa o własnej wartości 4 lata temu. Obserwuję w wielu miejscach, choć wiadomo, nie wszędzie, jakby zamieranie więzi społecznych i daleko idącą indywidualizację. Więc ja sądzę tak. Generalnie rzecz biorąc, jestem optymistą i sądzę, że również generacyjnie my jesteśmy do przodu w stosunku do naszych zachodnich partnerów i przyjaciół. Mamy, w moim przekonaniu, większe szanse, jesteśmy gotowi na znacznie więcej poświęceń po to, żeby wygrać. Więc ja, mimo wszystkich negatywnych tonów, które tutaj padały, jestem optymistą.
 
Jan Pospieszalski: Dziękuję bardzo. Bardzo proszę, pan Marek Wróbel.
 
Marek Wróbel: Ja podobnie, jak pan poseł, jestem optymistą. Myślę, że jeśli Polacy mają poprawić swoje samopoczucie, to po pierwsze, powinni poznać inne kraje lepiej niż dotąd. To, co pani Rybińska mówiła, poczucie beznadziei, bieda to są pojęcia względne. Porównujemy się z bogatymi krajami, a raczej z naszym wyobrażeniem o nich. Właśnie dzięki takim wyjazdom, z jakimi mamy do czynienia, ten dysonans będzie malał. Jeśli komuś to nie wystarczy, to niech jedzie do Afryki. Zobaczy, jak tam żyją ludzie. Natomiast likwidacja granic, utrudnień, również obniżka cen biletów lotniczych spowoduje, że ludzie zaczną patrzeć na siebie i świat, przykładając nieco inną miarę. Właściwszą. I tutaj, ja nie sądzę, żeby ten proces był do zatrzymania.
 
Jan Pospieszalski: Pan Tomasz Sommer, bardzo proszę.
 
Tomasz Sommer: Ja z kolei jestem raczej pesymistą, bo uważam, że niezależnie od tego, czy obecna elita zdaje sobie z tego sprawę, czy nie, to jednak exodus ludzi z Polski to jest rzecz dla kraju korzystna. I według mnie potrzeba zmiany tej elity, zmiany struktury, żeby ta emigracja nie była wymuszana.
 
Jan Pospieszalski: Dziękuję. Pan Krzysztof Górski.
 
Krzysztof Górski: Mnie się spodobała uwaga o mądrym narzekaniu. Że warto coś takiego propagować. Zwłaszcza, że w tym tkwi swoisty paradoks logiczny. Czy wolno narzekać na narzekanie. I moja konkluzja byłaby taka – jak wolność, to wolność. O to walczyliśmy. Jakiś malusieńki udział w tym też mam, o to, żeby można było swobodnie wyjeżdżać i o to, żeby swobodnie sobie narzekać. Poza tymi elementami zmiennymi są też elementy długiego trwania. Jeżeli się patrzy na opinię samych Polaków o sobie, czyta pisma XVI - XVII wieku, to widać, jak wiele również z tych kwestii, które dzisiaj poruszyliśmy, można w nich znaleźć. Na przykład u Szymona Starowolskiego. Tam poruszana jest również kwestia narzekania, kompleksów wobec innych.
 
Jan Pospieszalski: Dziękuję. Maciek, bardzo proszę.
 
Maciej Rybiński: O tej emigracji przyszło mi teraz do głowy: to strasznie literackie u nas jest. Najpierw Wolny najmita, a potem Pan Balcer w Brazylii. I to tak w naszej dyskusji chwilami wychodzi. Ja chciałem jeszcze wrócić do tego, co pan poseł powiedział. Jak ja przyjechałem w 1982 roku do Niemiec, to trwała reforma służby zdrowia. Wyjeżdżałem, trwała reforma służby zdrowia. Dzisiaj biorę niemieckie gazety, trwa reforma służby zdrowia. To tyle, co mogę powiedzieć na zakończenie.
 
Jan Pospieszalski: Kochani, bardzo dziękuję. Ja, dzisiaj jadąc na to spotkanie, jeszcze raz sobie pomyślałem, że nie potrafimy naprawdę być dumni z tego, co mamy. I tego, co jest na wyciągnięcie ręki. Przypominam sobie rozmowę z moim przyjacielem z Holandii, bardzo dobrym muzykiem, który wykupił, będąc 2 lata temu w Polsce, wszystkie możliwie, dostępne płyty Marka Grechuty i Anawy. Mówił, że to jest genialna muzyka, że czegoś tak fantastycznego nie słyszał. W Polsce wtedy Marek Grechuta był nieosiągalny w jakiejkolwiek stacji radiowej. Żadne radio w Polsce nie grało jego piosenek. Trzeba było, żeby Marek Grechuta umarł, żeby radia przypomniały sobie o tym, że mamy tak genialną muzykę, tak fantastyczną poezję i tyle niesamowicie, absolutnie niepowtarzalnego, oryginalnego, rodzimego, niezapośredniczonego z żadnej innej stylistyki naszego klimatu. Takiego, który nie miał nigdy pierwowzoru w twórczości francuskiej, holenderskiej czy brytyjskiej. Dlatego musimy chyba bardziej siebie polubić. Nie tylko przy okazji wielkich zrywów narodowych, wtedy, kiedy podczas „Solidarności” widzieliśmy siebie lepszych niż sami o sobie sądziliśmy. Lub podczas papieskiego kwietnia. Dziękuję serdecznie i z tym optymizmem zostawiam państwa do następnego spotkania.
 
Miłosz Marczuk: Ja dziękuję Ci bardzo, Janku, dziękuję Panowie. Zapraszam państwa na poczęstunek do sali obok. Dziękuję bardzo.
wstecz
MAREK WRÓBEL
FUNDACJA INTERNETPR.pl



tel. 0 501 496 132
start wstecz do góry
Powered by: Edito CMS