Idea
O CMWP
O Internet PR
Partnerzy
Najbliższe spotkanie
Archiwum
Aktualności
Kontakt
|
| Aktualności |
| Zapis debaty z 14 grudnia "Złe dobrego początki" cz. 1 - dyskusja |
|
2007-01-04
|
A. Popek: Cieszymy się, że są Państwo z nami w tym przedświątecznym czasie. Dziś Wasza uwaga skupi się na czymś zgoła innym niż zakupy przedświąteczne. Będziemy bowiem rozmawiać o sprawach arcyważnych. Najpierw jednak chcielibyśmy wspólnie z Robertem Bernatowiczem powitać Państwa, podziękować za przybycie i powiedzieć, w czyim imieniu występujemy tu jako gospodarze spotkania.
R. Bernatowicz: Witam Państwa bardzo serdecznie. Zapowiadam, że dziś będzie bardzo ciekawie. Gwarantuje to skład osobowy naszych panelistów. Ja pragnę wszystkich powitać w imieniu Centrum Monitoringu Wolności Prasy Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, Fundacji Internet PR, AM Art-Media Agencja PR oraz Impresja Studio Promocji i Ideo.
A. Popek: Warto powiedzieć, że patronami medialnymi dzisiejszego spotkania są Polskie Radio Program 1, a także Radio dla Ciebie. Oba banery są tu dobrze widoczne. Myślę, że powinniśmy również podziękować sponsorom.
R. Bernatowicz: Sponsorami naszego spotkania są Firma Astra oraz Wyższa Szkoła Handlu i Finansów Międzynarodowych im. Fryderyka Skarbka w Warszawie.
A. Popek: Formalności mamy już za sobą, więc możemy przejść już do przedstawienia znakomitego grona osób, które będzie brało udział w dzisiejszej dyskusji. Pan Jerzy Domański – prezes SARP. Witam serdecznie. Pan Jerzy Jachowicz – Newsweek Polska, Jerzy Kłosiński – redaktor naczelny Tygodnika Solidarność, pan Janusz Rolicki – publicysta, Marcin Wolski – satyryk, publicysta i dyrektor Programu 1 Polskiego Radia. No i mamy oczywiście Rafała Ziemkiewicza – publicystę i pisarza. Jest też z nami oczywiście Wojciech Giełżyński – dziennikarz i reportażysta. Witamy Państwa bardzo serdecznie. Temat dzisiejszego spotkania to „Złe dobrego początki – czy wiedza o korzeniach polskiego ładu medialnego zmienia ocenę?”, a więc czy wiarygodność zawodu dziennikarza wymaga ujawnienia i rozliczenia dawnych personalnych uwikłań.
R. Bernatowicz: Temat jest na czasie i myślę, że pojawi się wśród stawianych pytań to, czy wiedza o początkach kształtowania się ładu medialnego III Rzeczpospolitej Polskiej przyczyniła się do poprawy debaty publicznej. I czy może jej także zaszkodzić. Takie tezy też się przecież pojawiają.
A. Popek: Ale jakby skracając tezę, można by zawrzeć temat naszego spotkania w pytaniu: czy w dobie wolnych mediów, kiedy mówi się, że media to czwarta władza, można mediami sterować? Oddaję głos.
Rafał Ziemkiewicz: Ja zamierzam postawić wyrazistą tezę, żeby było od razu o czym dyskutować. Myślę, że spotykamy się tu dlatego, że powszechne jest może nie tyle przekonanie, co raczej odczucie, że coś jest nie tak z naszymi mediami. Czy to jest wrażenie prawdziwe, to znaczy uzasadnione, czy sztucznie wywołane przez polityków, którym na rękę jest np. podważanie wiarygodności mediów? Ja uważam, że jest to odczucie niebezpodstawne. Polskie media mają pewien grzech pierworodny w sobie. Mam na myśli ten ład medialny, którego początki sięgają około 1990 r. Grzech pierworodny polega na tym, że w momencie, kiedy owo przekształcenie nastąpiło, tak naprawdę ludziom odpowiedzialnym za ten proces nie chodziło wcale o to, żeby mieć media w sensie zachodnim czyli media pozostające poza kontrolą, będące czwartą władzą, wyrazicielem opinii społeczeństwa. Okazało się bardzo szybko, taką w tym miejscu postawię tezę, że wszystkim liczącym się siłom politycznym, w gruncie rzeczy podobał się ten model funkcjonowania mediów, jaki był w PRL-u. Oczywiście nie w sensie formalnym, że chciano zachować wydział prasy, instrukcje do gazet, jak która ma pisać itd. To było nie do zatrzymania. Chociaż, o czym się dzisiaj nie pamięta, rząd Tadeusza Mazowieckiego chciał utrzymać cenzurę jako urząd. I właściwie dopiero w sejmie to upadło przy uchwalaniu budżetu, gdzie z inicjatywy poselskiej wykreślono wydatki na cenzurę zaplanowane na rok 1990. Natomiast bardzo się spodobało politykom to, że mają media na sznurku. W obozie solidarnościowym doszło jak pamiętamy do tzw. wojny na górze. I okazało się, że żeby tę wojnę prowadzić, trzeba mieć swoich ludzi w redakcjach. A zwłaszcza w telewizji, która jest największą potęgą. W związku z tym ideały zeszły na dalszy plan. Wolne dziennikarstwo oczywiście tak, jak najbardziej, ale przecież my w tej chwili musimy wygrać. A żeby wygrać, to skoro wspomniałem o telewizji, to doprowadzono do tego, że poza kilkoma najbardziej skompromitowanymi osobami (Marka Barańskiego czy Wojciecha Szmitowskiego), które się już paskudnie kojarzyły, to nikt z telewizji nie wyleciał. Wszyscy, którzy zostali to „fachowcy”. I przez wiele lat funkcjonowali i nadal funkcjonują jako tacy. A od czego oni są fachowcami? Przecież nie od wolności mediów, tylko od urabiania opinii publicznej. Więc myślę, że ten grzech pierworodny ciąży nad mediami. To, że media są cały czas oskarżane o polityczną stronniczość jest efektem tego, że nie dokonano gwałtownego przełamania. W związku z tym przezroczystość środowiska dziennikarskiego jest czymś, na czym nam powinno bardzo zależeć.
R. Bernatowicz: To jest dość ostra teza, tak naprawdę o układzie w mediach...
Głos: Ja chciałem zacząć od sprawy dość podstawowej. Dotknęliśmy właściwie dwóch różnych problemów. One się zbiegają w jednym punkcie, ale są to dwie różne sprawy. Pierwszy temat to początek ładu medialnego. Jego, można powiedzieć, nieprawe czy też nie w pełni prawe porządki. Druga sprawa to jest kwestia przezroczystości dziennikarzy. I to są dwa wielkie tematy, które gdzieś w pewnym momencie się zbiegają, ale z gruntu różne. Jeżeli chodzi o sprawę mediów, to trzeba po prostu zadać sobie pytanie, jak to się stało. Jest to wbrew pozorom znacznie trudniejsze niż opublikowanie jakichś list czy dotarcie do WSI. Chociaż może też się przy okazji wyjaśni, jak to się stało, że pierwszą koncesję na telewizję dostała stacja człowieka, który nigdy w życiu nie miał nic wspólnego z mediami. No, trochę miał, bo przemycał magnetowidy. Tyle z mediami miał wspólnego. A drugie jest chyba w twojej książce, Rafale, jak to się stało, że zostały przydzielone bardzo szybko koncesje trzem stacjom: Zetce (czyli Ga-Zetce), radiu Eska i RMF. Po tym wierzeje zatrzasnęły się na długo. Przecież logika budowy kapitalizmu, również w sferze mediów, powinna polegać na przydzielaniu wszystkim. Gdybym, powiedzmy, sam był Krajową Radą, dałbym tyle koncesji, ile jest ośrodków w Polsce. Niech się łączą, niech się dzielą, niech się tworzą, niech wygrywają najlepsi.
Głos: Ja akurat związany byłem z Radiem Zet od początku. My też byliśmy zdziwieni, że nie ma ładu w eterze. Gdyby w tej materii zaczęła obowiązywać „wolna amerykanka”, to byśmy mieli bardzo duży bałagan; takie były argumenty Krajowej Rady.
Głos: Acha, czyli po prostu zwyciężył porządek i chwała mu. Ale ten argument jeszcze w stosunku do radia da się zaakceptować. Nie przekonuje mnie absolutnie jednak, jeśli chodzi o telewizję, a dokładnie o początek telewizji komercyjnej w Polsce.
Głos: Ja tylko chciałem ad vocem powiedzieć, że wtedy jeszcze nie było Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji. Z tym związana była cała ta dziwna sprawa trzech, „eksperymentalnych” zezwoleń. Ona była rozegrana na poziomie Ministerstwa Łączności. To tylko gwoli ścisłości.
Głos: Jeśli można jeszcze tak ad vocem, to pierwsza telewizja ruszyła 6 lutego 1990 roku…
Głos: Mówimy o telewizji we Wrocławiu, która została zmasakrowana podobnie jak Top Canal, który również nie dostał koncesji (abstrahując od jego początków). Jeżeli chodzi o tę drugą sprawę, którą moglibyśmy wreszcie dotknąć, to postawić można pytanie, dlaczego w ogóle mamy zajmować się przeszłością dziennikarzy? Dlaczego mamy starać się, aby nasz zawód był przejrzysty? Dlaczego w mojej firmie zwróciliśmy się do kolegów, żeby wystąpili do IPN-u o zaświadczenia? Mnie się to po prostu wydaje oczywiste, podobnie jak chciałbym wiedzieć, czy inżynier, który buduje mi dom, nie ma na swoim koncie paru katastrof budowlanych. I czy lekarz, który będzie przyjmował moje dziecko, nie był w przeszłości pozbawiony prawa uprawiania zawodu. To jest po prostu niezbędna wiedza. O ile jest dla mnie całkowicie obojętne czy szewc, który szyje mi buty, bije żonę, o tyle w sytuacji, kiedy dziennikarz jest poniekąd kaznodzieją, przewodnikiem duchowym, autorytetem moralnym, to chciałbym wiedzieć, z kim mam do czynienia.
Janusz Rolicki: Ja chcę się odnieść do sprawy poruszonej pod sam koniec wystąpienia mojego poprzednika czyli do tego, czy dziennikarz powinien być poddawany lustracji i czy powinno być wiadomo „who is who”? Generalnie oczywiście tak. Ale chcę zwrócić uwagę, że żyjemy w kraju, w którym w wyborach zwyciężył dwukrotnie (na przykład w Opolu) kandydat, o którym wiadomo, że był pracownikiem SB. Myślę o Sztelidze. Za każdym razem miał dwadzieścia parę tysięcy głosów poparcia, najwięcej w Opolu. Dlaczego o tym wszystkim mówię? Dlatego, że jesteśmy już prawie osiemnaście lat po wyborach w 1989 roku. I w związku z tym właściwie można powiedzieć, że lada chwila pokolenie, które wtedy odgrywało główną rolę, to znaczy pokolenie sześćdziesięciolatków w 89. roku, będzie odchodziło. II Rzeczpospolita istniała dwadzieścia lat, więc niebawem zrównamy się, jeśli chodzi o długość istnienia III RP, z okresem II Rzeczpospolitej. Mówię to dlatego, że powinniśmy mieć świadomość tego procesu. Ja uważam, że problem lustracji jest sprawą środowiskową, dotyczy przede wszystkim elit. Można sobie zadać pytanie, dlaczego nie całego społeczeństwa z takim samym natężeniem? Odpowiedź przynosi ostatnia ankieta opublikowana przez prasę, że 46% społeczeństwa uważa, że stan wojenny był dobry. A przeciwko stanowi wojennemu opowiedziało się 31%. To dowodzi, jak szalony galimatias istnieje wśród odbiorców mediów czyli w społeczeństwie. I to wszystko powinniśmy mieć w polu widzenia. Dodatkowym czynnikiem, który wpływa na to, że do spraw lustracji możemy mieć stosunek entuzjastyczny bądź krytyczny jest to, że ostatnio prace sejmowe właściwie całą tę pracę zagmatwały. Traktowanie na równych zasadach tajnych współpracowników razem z tzw. OZI spowodowało, że w gruncie rzeczy mamy pomieszanie z poplątaniem. A obok tego chcę zwrócić uwagę na fakt, że my wszyscy występujemy za lustracją, protestujemy przeciwko temu, co się dzieje, a z drugiej strony najwybitniejszy pisarz historyczny tamtego stulecia, pisarz eseistyczny nie beletrysta, to znaczy Paweł Jasienica nie jest publikowany. Dlaczego nie jest publikowany? Dlatego, że krąży historia, że pod koniec życia ożenił się z jakąś Mata Hari bezpieki. Z osobą, która była współpracownikiem służb bezpieczeństwa. I ona w gruncie rzeczy zablokowała, składając przeróżne zeznania i dokumenty na temat między innymi Jasienicy, publikowanie jego książek. Ona już nie żyje, ale jej syn dalej to robi. I to jest przecież rzecz wstrząsająca, wiążąca się ściśle z autolustracją.
A. Popek: Tutaj pan poruszył wiele wątków. Myślę, że gdyby zapytać Polaków w 1983 roku o ocenę stanu wojennego, to na pewno te proporcje byłyby inne. Po drugie z Jasienicą też sytuacja ma nieco inny finał, bo publikują jego spadkobiercy…
Głos: Nie publikują. A ja chciałem powiedzieć słóweczko na temat prowadzonych ostatnio sondaży. To jest tak, że media są lustrem społeczeństwa, ale niestety również społeczeństwo jest lustrem mediów. To są takie ciągi luster odbijające się wzajemnie. I jeżeli przez 18 lat była taka a nie inna interpretacja stanu wojennego, no to trudno, żeby to się na społeczeństwie nie odbiło.
A. Popek: A propos, tutaj mamy książkę Rafała „Michnikowszczyzna”. Muszę tutaj zacytować, bo pan akurat o tym wspominał, jak przedstawiano w rocznicę stanu wojennego ten fakt. W 1994 roku o rocznicy przypomina tylko krótkie streszczenie badań opinii publicznej, z którego wynika, że Polacy oceniają stan wojenny oraz Jaruzelskiego dobrze. W 1995 o stan wojenny Jarosław Kurski pyta Andrzeja Werbalna, byłego członka Biura Politycznego KC. W 1996 przedruk telewizyjnego wystąpienia Włodzimierza Cimoszewicza i tak dalej w tym samym duchu. Notabene Andrzej Rawicz sam wystosował taką notatkę, żeby w rocznicę stanu wojennego o stanie wojennym nie przypominać, bo robi się przykrość generałowi Jaruzelskiemu. Więc te kilkanaście lat propagandy w pewnym sensie skutkuje teraz takimi odpowiedziami Polaków.
Jerzy Rolicki: Przepraszam, ale rozmawiając na ten temat nie sposób abstrahować od tej sytuacji. Rzeczywiście dobrze, że pan Rafał stara się stawiać diagnozę, ale nie możemy abstrahować od tego, że jest tak, jak jest. To znaczy opinia publiczna ma generalnie potężny mętlik w głowie.
R. Bernatowicz: Teraz prosimy kilku panelistów…
Głos: Moim zdaniem rzeczą dziwną i charakterystyczną dla ostatnich miesięcy jest to, że o lustracji mówimy dopiero dzisiaj. Ten temat wybuchł nagle jako bardzo ważny. Ja nie podważam jego wagi, ale chcę wskazać na pewien paradoks. Jak pamiętam, dziennikarze czescy na początku lat 90. bardzo poważnie zajęli się lustracją w swoim środowisku. Nawet opublikowali taką listę dziennikarzy, jak u nas lista Macierewicza. Tamto środowisko uznało, że owa lista ma wyjątkową wagę dla oczyszczenia życia publicznego. Bo to, co piszą dziennikarze, przekłada się na wszystko. Na transformację gospodarczą się przełożyło w sposób bardzo wyrazisty, to nie ulega wątpliwości. Na wszystkie dziedziny życia. No i dopiero w tej chwili można powiedzieć, że mamy do czynienia z lustracją… Nam do niej jest nadal daleko, bo np. Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich, które reprezentuję, od lat się tego domaga, a niestety odzewu wśród parlamentarzystów nie widać za dużego. I można powiedzieć, że w tej chwili ci prawdziwi agenci już spokojnie odchodzą w cień.
Głos: No właśnie. Czy nie jest za późno?
Głos: Ich rola w mediach jest coraz bardziej ograniczona. Np. w „Misji Specjalnej” dwa tygodnie temu dowiedzieliśmy się o kilku domniemanych agentach. Kogo to jednak dotyczyło? Emerytów, którzy już nie odgrywają znaczącej roli. Czyli co? W tej chwili można już o lustracji mówić, bo jej skutki nie będą już szokujące, przerażające i będą bez wpływu na inne dziedziny życia. To jest niestety smutne…
Głos: Tutaj się pojawia pytanie, czy nie jest za późno? W tej chwili, po tylu latach.
Głos: Nie, za późno nie. To byłoby śmieszne. Zawsze warto, bo to uwiarygodnia dziennikarzy. Jeśli dziennikarze nie powiedzą, kim naprawdę są, to zawsze będzie padało podejrzenie, że ktoś nimi steruje.
Jerzy Jachowicz: Z mojej strony: musimy się zastanowić, czy warto poddawać lustracji całe środowisko, skoro jesteśmy przekonani (trafnie zresztą), że oni już się wykruszają i że za chwilę znikną. Tylko zapominamy, że oni przez dziesiątki lat kształcili innych dziennikarzy, którzy czerpali z nich i pili z ich ust mądrość dziennikarską i nie tylko. Także różne kierunki interpretacji. Stosunek do bardzo wielu najpoważniejszych rzeczy. Ja na szczęście nie muszę się nazywać „ofiarą” „Gazety Wyborczej”, bo nigdy nie byłem w głównym nurcie. Zawsze gdzieś tam istniałem jako marginalny dziennikarz w „Gazecie Wyborczej”. Nie nadawałem w każdym razie żadnego tonu politycznego. Na szczęście. Całkowicie zgadzam się z Rafałem, że brak jest reformy tak ważnego medium, które mogłoby promieniować i napędzać swoimi przemianami inne media. Telewizja według mnie zastygła. Do tej pory stanowi w jakimś sensie skansen wielu rzeczy. Ale nie chcę w to wchodzić. Tu chodzi o początek ładu medialnego. Dlaczego on jest taki ważny? Dlaczego warto do niego wracać? Dlatego, że uświadomi nam to, w jaki sposób zniekształcano środowisko dziennikarskie. Mamy w tej chwili dziesiątki świetnych dziennikarzy. Świetnych z punktu widzenia warsztatu. Natomiast zdeformowanych, że tak powiem, osobowościowo, mentalnie. Zauważcie Państwo, jak wielu dziennikarzy (absolutnie abstrahuję od „Gazety Wyborczej”, żeby nie być tutaj posądzonym o jakiekolwiek negatywne reminiscencje) staje się politykami. To wcale nie muszą być agenci. Natomiast jest bardzo możliwe, że jacyś tam agenci z przeszłości, ludzie związani ze służbami, mieli na nich wpływ. To jest bardzo ważne. I ostatnie zdanie, żeby nie przedłużać. Lustracja dziennikarzy to nie jest kwestia środowiska. To jest sprawa opinii publicznej. To sprawa społeczna. Mianowicie to odbiorcy będą weryfikować, czy chcą mieć takiego dziennikarza. Czy będą go czytać, czy będą go kupować. Czy on będzie mógł występować jako dziennikarz nagradzany, jako autorytet dziennikarski itd. Jeżeli odbiorcy mediów zaakceptują takiego człowieka, to proszę bardzo. Chodzi o to, żebyśmy my wiedzieli. I nasi czytelnicy też mają prawo wiedzieć, kto jest kim.
Jerzy Domański: Temat jest tak ogromny i nie da się go inaczej potraktować. Ja uważam, że trzeba doceniać społeczeństwo. I to, że 46% ma taki pogląd, jaki ma, na temat stanu wojennego, to ani wina ani zasługa mediów. Tutaj chyba trzeba trochę pokory. To są indywidualne doświadczenia rodzinne, zbiorowe. W każdym bądź razie nie uważam, że powtarzanie przez najbliższe dziesięć lat tego festiwalu medialnego, który miał miejsce wczoraj i dzisiaj, gdzie wszystko jest czarne, brunatne i na sto pytanych, stu nigdy nie miało wątpliwości i miało straszne przeżycia, to tylko sprawi, że ten wynik może wyjść jeszcze bardziej na niekorzyść zwolenników wprowadzenia stanu wojennego. Tak sądzę. PRL dużo zrobił, żeby obrzydzić Piłsudskiego i sanację. A efekt był znany też w latach osiemdziesiątych. To jest pierwsza rzecz. Media nie mogą wszystkiego. Ja myślę, że my jako dziennikarze uwierzyliśmy za szybko, że jesteśmy czwartą władzą. My mamy swoje miejsce. Media dzisiaj to jest rynek. A rynek to są pieniądze. I zawsze, jak mówię o mediach, to pytam: „Kto jest właścicielem tej gazety?”, „Kto jest właścicielem tej telewizji?” A dopiero później chętnie dyskutuję o niezależności dziennikarzy, o obiektywizmie i o wszystkich najpiękniejszych zasadach naszego zawodu. A po trzecie uważam, że jak media dawały sobą manipulować przez polityką, to niczego się nie nauczyły i dalej są w tym samym stopniu polityczne. Jedne bardzo po prawej, inne bardzo po lewej, inne jeszcze gdzie indziej. Ale myślę, że jest to jakaś skaza, o której też trzeba by serio porozmawiać. Chodzi o początek ładu medialnego. To wszystko tworzyło się w warunkach rewolucji. To jest tak, jakby Balcerowicza pytać o pewne błędy, które popełnił na początku. Ani wiedzy, ani doświadczenia. Ja przyjąłem taki punkt widzenia: dużo było dobrej woli, ale i sporo błędów. Ale sądzę, że dobrej woli było więcej i w związku z tym ten bilans jest w gruncie rzeczy dodatni. Dzisiaj, jak będziemy mówili o tych początkach, to będzie trochę jak z Bareją. „Prawda czasu i prawda ekranu”. Jeden będzie miał takie argumenty, a inny inne. Ja nie wiem, jak powstawał Polsat, nie wiem jak powstawały inne stacje. Byłem wtedy w „Sztandarze Młodych” redaktorem naczelnym i komisja likwidacyjna podjęła decyzję o wyrzuceniu mnie z pracy i zastąpieniu Krzysztofem Królem. Był to rok 1991 i 100% załogi powiedziało, że Domański musi zostać. A Króla pogoniono. Mówię o tym, bo uważam, że sprawa lustracji jest bardzo ważna. Ona będzie. Mnie tylko oburza sposób jej prowadzenia, czyli fakt, że kto ma lepszy dostęp do źródła, ten wyciąga czyjąś teczkę. A zainteresowany i jego środowisko dowiaduje się o wszystkim z pytania dziennikarza po programie czy po artykule. To trzeba ujawnić. Myślę, że rzecz jest w tym, żeby porozumieć się co do cywilizowanych reguł lustracji, czyli co do przeprowadzenia jej w taki sposób, że dany dziennikarz nie będzie uważał, że zlustrowanie kogoś to jest prowokacja jego przeciwnika i odwrotnie. Bo tak niestety sporo ludzi myśli. Tu chodzi o wiarygodność. I ostatnie zdanie. Wiarygodność moim zdaniem to jest instrument w ręku słuchacza czy czytelnika. Można ogłosić, że Krzysztof Teodor Toeplitz to niebywale wredna postać, donosiciel itd. Ale ja jestem przekonany, że te osoby, które taką tezę postawiły, za dwadzieścia lat będą równie anonimowe jak teraz. A Toeplitz, nawet, jeżeli powstaną encyklopedie układane przez skrajnych ideowych przeciwników tej postaci, będzie tam musiał mieć miejsce. Bo jest jednym z najwybitniejszych felietonistów stulecia. Jednym z najbardziej znaczących publicystów.
Wojciech Giełżyński: Tematyka naszego spotkania jest bardzo rozległa. Ja zacznę od tego, że jestem na tej ostatniej liście. Nie wiedziałem, że w programie „Misja Specjalna” moje nazwisko również będzie wymienione. W ogóle ze mną na ten temat nie rozmawiano. Przed około sześcioma miesiącami rozmawiała ze mną wyłącznie jedna dziennikarka. Dodam, że przez telefon. To chyba taka nowa reporterska maniera, że się nie spotyka oko w oko z człowiekiem, o którym chce się pisać, tylko się do niego dzwoni. I ona napisała w magazynie „OZON” coś względnie uczciwie na temat mojego przypadku. Potem z tego „Newsweek” zrobił niebywały skandal, a mianowicie pojawiło się moje zdjęcie i przy nim nie wiadomo skąd, bo nikt ze mną z „Newsweeka” nie rozmawiał, notka, że bagatelizuję swoją współpracę z SB i żebym się przyznał, że zerwałem swoją współpracę po ogłoszeniu stanu wojennego. Ja akurat zerwałem współpracę w roku 1964, czyli siedemnaście lat wcześniej. A do współpracy doszło w okolicznościach, które przedstawiłem bardzo szczegółowo dwa i pół roku temu na piśmie IPN-owi oraz kilku bardzo poważnym i zaufanym politykom. Wyjaśniłem sytuację, jaka miała miejsce w latach 1957-64, że rzeczywiście zgodziłem się pod presją tylko nie ze strony SB a kontrwywiadu. Kontrwywiadowi się nie odmawiało, bo wiadomo było, że się kulkę dostanie, zgodziłem się na opisywanie sytuacji z wyjazdów zagranicznych czyli na raporty polityczne oraz na przekazywanie im informacji, kiedy tego zażądają. Ani jednego donosu w życiu nie napisałem. Robiłem tylko to, o czym powiedziałem w tej chwili. Jak zresztą wszyscy lub prawie wszyscy dziennikarze, którzy wyjeżdżali za granicę i którzy mieli tego rodzaju kontakty. Ja takich spotkań przez siedem czy sześć lat miałem ze dwanaście do piętnastu. W 1964 roku pracowałem w „Dookoła Świata”. Opowiem tę historię, bo świadczy o tym, jak mylne i błędne są głosy tych, co mówią, że Służba Bezpieczeństwa się nigdy nie myliła i wszystko jest godne zaufania, co jest w tych archiwach. Miałem wyjechać na jakiś festyn młodzieżowy do Wiednia z ramienia „Dookoła Świata”i w ostatniej chwili redakcja doszła do wniosku, że to jest mało ważna impreza i nie pojechałem. Dwa tygodnie później dostałem wezwanie na tzw. punkt kontaktowy przy ulicy Chmielnej na przeciwko kina Atlantic, gdzie ponurym głosem oficer oświadczył mi, że, niestety, ma dla mnie smutną i ponurą informację. Służby specjalne mają bardzo poważne doniesienie z Wiednia, że w trakcie pobytu miałem stały kontakt z ośrodkiem imperialistycznym, wywiadem amerykańskim skoncentrowanym wokół Instytutu Szymona Wisentala. Ja wysłuchałem tego do końca i powiedziałem: „do widzenia”. Nie byłem w ogóle w Wiedniu i wyszedłem. Od tej pory przez siedemnaście lat nie widziałem ani jednego ubeka na oczy. Ani jednego telefonu nie dostałem i miałem święty spokój aż do strajku sierpniowego. Po strajku sierpniowym, o tym państwo mogą przeczytać najlepiej w książce Fikusa „Foksal 80”, kiedy na skutek moich działań (ale również Skalskiego) doszło do pewnego przełomu w polityce i zostałem nagrodzony za aktywność oraz wyrzucony z pracy za to, że pojechałem do Stoczni Gdańskiej i napisałem książkę o tamtejszym strajku, którą Rakowski skwitował, iż dziwi się, że członek partii mógł tak skandalicznie solidarnościową i antypartyjną książkę napisać. Potem rzeczywiście zaczęli mnie, ale już zupełnie inaczej, w domu odwiedzać i straszyć. Od czasu do czasu. Tak raz na pół roku. I miałem tzw. rozmowy ostrzegawcze. Od tej pory, od 1963-64 roku żadnego zdania na ten temat nie napisałem. Ani jednego świstka papieru. Ale teczka moja tam jest. Jakieś dwie teczki. Zresztą jak wszystkich… wstecz
|
|
|
|